To nie żarty, to nie fake newsy. Musiałem kilka razy zamrugać oczami. Spojrzeć raz jeszcze. Walnąć się kilka razy plaskaczem w twarz. Wylać kubeł zimnej wody wprost na łeb. Wystawić głowę na chwilę na mróz. I to nadal tam tkwiło. Decyzja Aleksandra Miszalskiego o wycofaniu się z kolejnego pomysłu.
Generalnie nie jestem zwolennikiem odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Wygrał wybory zgodnie z prawem. Mandat prezydenta Krakowa dało mu 133 tysięcy krakowian. Nie dużo mniej osób zagłosowało na Łukasza Gibałę. Ale jednak mniej. Miszalski nie jest idealnym prezydentem, kadencja wykazała wiele jego braków. Ale nie jest też prezydentem fatalnym, którego należałoby odwołać. To moje prywatne zdanie. Nie stało się nic aż tak drastycznego. Referendum wpędzi Kraków w wielomiesięczny chaos organizacyjny, a nasze miasto już stało się polem rozgrywki ogólnokrajowych polityków. Nigdzie nie jest teraz tak ciekawie jak u nas, więc kto wie, kto jeszcze zainteresuje się grodem Kraka. Po prostu trochę się tego obawiam.
Ale.
Ale.
Jak to mówią, jeśli w zdaniu jest słowo ″ale″, to co jest przed nim, traci znaczenie.
I trochę tak niestety jest, bo człowieka poznajemy w chwili próby. A w chwili próby, w chwili testu, gdy nagle pojawiła się naprawdę mocna presja, Aleksander Miszalski stanął w przedziwnym rozkroku. Zaczął wycofywać się z kolejnych swoich decyzji, które de facto doprowadziły do dzisiejszego zamieszania. SCT? Zmienimy! Nowe zasady parkowania w Starym Mieście? Korygujemy! A przecież chodziło o to, by dało się w weekend przyjechać na Stare Miasto np. do restauracji i znaleźć miejsce parkingowe. Teraz jest już to nieważne? To co jest ważne?
Nagle decyzje, które były tak przegadane, tak obgadane, przeanalizowane na każdą stronę okazują się nietrafione. O strefie SCT Miszalski mówi teraz wprost – było mało czasu na analizę i popełniliśmy błędy. A jeszcze niedawno wiceprezydent Łukasz Sęk na antenie Radia Kraków przekonywał, że SCT jest najbardziej przedyskutowaną sprawą w ostatnich latach! To kto o niej dyskutował, gdzie i po co, skoro wnioski nie są właściwe?
No chyba, że na ocenę tych działań ma wpływ liczbą zabranych podpisów pod wnioskiem o referendum.
Nie, to niemożliwe, żeby taka pierdoła wpływała na losy najważniejszych decyzji dla dalszych kierunków rozwoju miasta.

W takim wypadku trzeba byłoby mówić o panice. Wycofując się ze swoich wcześniejszych decyzji Miszalski robi podwójny błąd. Zdradza tych, którzy uważali te ruchy za słuszne. A jeśli myśli, że udobrucha wkurzonych, mocno się myli. Rozczaruje także ich. Tak jak wtedy, gdy w panice postanowił zepchnąć z pokładu doświadczonego kompana (Łukasza Franka), a potem czekał na brawa. Już wtedy powinna pojawić się lampka alarmowa, bo zamiast braw, rozległy się gwizdy.
Wycofując się z tych decyzji Miszalski daje paliwo przeciwnikom, bo wsuwa im do ręki ostre narzędzie. „Ważne decyzje podjęliśmy na szybko, bez dogłębnych analiz. Pomyliliśmy się”. Nic tylko wziąć tę brzytwę i ciąć.
Gdy wybuchła chryja o referendum, przeciwnicy Miszalskiego żartowali, że po kolejnej liczbie zebranych podpisów, ten będzie wycofywał się z kolejnych trudnych decyzji. Jak widać, doradcy prezydenta uznali, że to nie żart a dobra podpowiedź.
Przecież to niemożliwe, że następnym krokiem będzie wycofanie z podwyżki cen biletów. Prawda?
Mateusz Miga
Teksty w dziale publicystyka są subiektywną formą literacką wyrażającą zdanie autora, które nie musi pokrywać się ze zdaniem redakcji.



