Wreszcie odzyskujemy łączność radiową. – Znaleziono dziesiątą osobę – słyszymy wśród radiowych trzasków. Nie wiem jak reszta, ale ja powoli tracę nadzieję, że i my kogoś znajdziemy. Prawie wszyscy zostali już uratowani. Chodzimy po lesie od blisko dwóch godzin i wciąż żadnego śladu. Jeszcze tego nie wiem, ale w końcu coś się wydarzy. Redakcja KR24.pl miała okazję, by z bliska przyjrzeć się pracy grup poszukujących zaginionych osób.
Wycieczka szkolna poszła do lasu pod Tarnowem i do tej pory nie wróciła. 10 uczniów i dwójka nauczycieli. W terenie nie działa sieć komórkowa. Wedle ostatnich informacji uczestnicy wycieczki wystraszyli się niezidentyfikowanego zwierzęcia. Niewykluczone, że grupa uległa rozproszeniu. Wiemy, że wśród zaginionych jest kobieta w ciąży, jedna z osób nie mówi po polsku i niewykluczone, że ktoś został poszkodowany.
Na miejscu zbiórki są już policjanci, strażacy, przedstawiciele lokalnych władz, a przede wszystkim grupy poszukiwawcze z psami. To na nie liczymy najmocniej. Psy ochoczo wyskakują z samochodów, gotowe do działania już, od razu. Ale jeszcze chwilę. Odprawa, podział terenu objętego poszukiwaniami na sektory. Nawigatorzy wgrywają mapy w przenośne urządzenia GPS. Szybka kawa i wreszcie idziemy.
Ruszamy na poszukiwania
Ruszamy szybkim krokiem wprost na podmokłą łąkę. I od razu żałuję, że założyłem buty trekingowe pod kostkę zamiast górskich traperów, bo od natychmiast robi się mokro. Bywa. Nie ma czasu, by się tym przejmować, bo choć jestem tylko obserwatorem, muszę trzymać się naszej grupki. – Idziemy zwarty szykiem, by pies traktował nas jako jedną grupę – tłumaczy nawigator Tomek. Nie pozwólmy, by Solo poczuł się zdezorientowany.

Solo to nasz pies. 5-letni owczarek belgijski. Na akcję poszukiwawczą przyjechał ze swoim panem, Dariuszem Dybowskim. Reprezentują grupę Storat. Rzeszowskie Stowarzyszenie Cywilnych Zespołów Ratowniczych z Psami liczy już 25 lat i jest najstarszą tego typu cywilną grupą w Polsce. Solo to drugi pies Darka. Poprzedni zmarł, gdy miał cztery lata. Też chodził na akcje poszukiwawcze. Solo od małego wiedział, że będzie szukać ludzi. Tak coś czuł. Bo od małego był do tego szkolony. I wybrany, pod względem rasy tak, by jak najbardziej do tej misji pasować.

A więc jeszcze raz. Darek to przewodnik. On idzie pierwszy i kontroluje psa. Gdy Solo zniknie w gęstwinie, zamienia się w kropkę na ekranie GPS’a. Stąd wiemy, dokąd go poniosło. Za Darkiem kroczą Tomek i Natalia – to nawigatorzy. Tomek jest bardziej doświadczony, on kontroluje naszą trasę. I jesteśmy my, ja z synem, obserwatorzy. Piąte koło u wozu. Staramy się nadążyć i za bardzo nie narzekać.
Liczy się wiatr
Wiatr jest bardzo ważny. To on niesie zapachy, na które ″polują″ psy. – Solo podczas tego typu akcji rozwiązuje problemy. Dociera do niego dużo zapachów, w tym wiele rozpraszaczy, zapachy roślin, zwierzyny itd. A on musi się skoncentrować na tym najważniejszym. I czasem trzeba mu przypomnieć, że jest w pracy – mówi Darek.

Ma ze sobą małe urządzenie, z którego można wystrzelić odrobinę pudru. Korzysta z niego dość często, by na własne oczy zobaczyć, w którą stronę wieje – wystarczy przyjrzeć się, jak opada proszek. I już wiesz, skąd dokąd wędrują zapachy. Najlepiej iść w poprzek wiatru. Jeśli masz przed sobą gęsty młodnik, możesz go odpuścić, jeśli wiatr wieje na zewnątrz i wywiewa zapachy. Jeśli wieje w kierunku gęstwiny, musisz tam wejść z psem, bo w innym wypadku ten nic nie wyczuje. Wiatr zabierze ze sobą zapachy w głąb gęstwiny.
Jeśli trzeba wejść, wchodzimy. Ścieżki nie mają dla nas żadnego znaczenia. Na chwilę się zatrzymujemy. Po prawej wysokie paprocie, po lewej krzewy z kolcami. Przed nami wygodna, szeroka ścieżka. Nawigator oznajmia: ″Idziemy na trzecią″. Porzucamy więc dróżkę i już brodzimy między paprociami. Chodzi o to, by jak najdokładniej przeszukać wyznaczony na teren. Idziemy zygzakami – od jednej granicy sektora do drugiej. Nasz sektor kończy się na zalanym wodą wyrobisku i co kilkadziesiąt minut wracamy na jego brzeg, 20-30 metrów dalej. Trochę ″Poranek Kojota″. Brzmi nudno, ale gdy kogoś szukasz – nie chodzi o walory widokowe.

A jednak skłamałbym w kwestii ścieżek. Czasem się przydają. Darek od czasu do czasu ″puszcza nimi″ Sola, bo ścieżki to naturalny korytarz, którymi roznosi się zapach. Dają psu szansę, by złapał właściwy kierunek, wyczuł zapach przeniesiony wzdłuż leśnych traktów.
– Myślę, że Solo ma przy tym wszystkim niezły ″fun″. Wie, że na koniec czeka go nagroda – mówi Darek. Solo rozumie bardzo dużo. Reaguje na gwizdek, na wiele komend głosowych, a nawet gestów. Darek wyciąga lewe ramię i Solo już znika w krzakach we właściwym kierunku.

Nagrody może nie być
Bywa i tak, że nagrody nie będzie, bo twój sektor okaże się pusty. Jeśli tam nikogo nie ma, nie da się go znaleźć. Mam takie myśli po dwóch godzinach marszu. Na długie chwile tracimy łączność radiową z bazą, więc nie wiemy, jak idzie innym grupom. Dochodzą do nas tylko strzępy informacji. W pewnym momencie radio odżywa i dowiadujemy się, że większość osób została już odnaleziona. Może to ten dzień, gdy w naszym sektorze nikogo nie ma?
Robimy swoje, nadal przeczesujemy las metr po metrze. Osoba zaginiona może być wszędzie. Na szczęście Solo nie traci zapału. Z zapisu GPS dowiemy się później, że gdy my przeszliśmy 7 kilometrów, on przebiegł prawie 17. Nasz ślad narysował zygzak, Solo w tym czasie całkowicie przeczesał ten teren – jego ślad niemal całkiem zapisał nasz sektor. Jakby ktoś wziął flamaster i zamalował fragment mapy. Był dosłownie wszędzie.

A i tak nikogo nie znaleźliśmy. Solo ani raz nie przybiegł do nas z bringselem w pysku. Bringsel to krótki rzemyk przyczepiony do obroży. Gdy Solo znajdzie kogoś w lesie, chwyci bringsel do pyska i wróci do Darka – to będzie znak, że kogoś odnalazł. Na bringsel mówi się też rolka, a więc Solo jest psem rolkowym. Są też psy, które oznaczają znalezioną osobę szczekaniem. Dobiegają do niej i zaczynaja głośno dawać znać, że kogoś znalazły. My nie czekamy na szczekanie. Czekamy na widok psa z rzemykiem w pysku.
W pewnym momencie widzę jakąś postać, ale okazuje się, że to strażak szukający w sąsiednim sektorze. Zdarza się, że człowiek wypatrzy kogoś nim pies go wyniucha. Szczególnie wtedy, gdy podchodzimy z wiatrem.
Gawarisz pa ruski?
Gdy znów udaje nam się nawiązać łączność, informujemy bazę o zakończeniu poszukiwań. Sektor przeczesany. Czekamy na dalsze polecenia. Dostajemy jeszcze jedno zadanie. W innym sektorze ″szybka trójka″ miała pewne podejrzenia, ale nie byli w stanie wedrzeć się do młodnika. Zaproponowano, by udała się tam grupa z psem i padło na nas. ″Szybka trójka″ to trzyosobowy zespół przeczesujący teren bez udziału psa.
Ruszamy więc do innego sektora. Dochodzimy do wspomnianego młodnika. Zapada decyzja, że ze względu na kierunek wiatru, wejdziemy do niego od drugiej strony. Na razie obchodzimy dookoła. W pewnym momencie za drzewami widzimy namioty – to nasza baza. Jesteśmy bardzo blisko punktu wyjścia. Wymieniam spojrzenie z synem. Jeszcze kilkaset metrów i moglibyśmy usiąść, odpocząć, ale skręcamy w lewo, wzdłuż granicy młodnika. My idziemy prosto, Solo oczywiście krąży niczym po orbicie.
I w końcu coś się dzieje – pies przybiega z bringselem w pysku. To znak, na który czekaliśmy. Darek natychmiast wyciąga z kieszeni psiego smaczka i wydaje kolejne komendy – najpierw ″równaj″, potem ″pokaż″. I już Solo biegnie przez krzaki, a my za nim. I faktycznie, na skraju młodnika ktoś leży. To dziewczyna, ostatnia z poszukiwanych osób. Mówi tylko po rosyjsku, ale szybko nawiązujemy kontakt. A Solo już zjada swoją nagrodę – tym razem nieco większą porcję karmy. Misja ukończona.
Owczarek wykonał świetną pracę. Bez niego poszlibyśmy dalej. Zresztą tak było w przypadku ″szybkiej trójki″, która była tu kilkadziesiąt minut temu. My znajdujemy ostatnią osobę na sześć sekund przed 14:00. Najwyższy czas, bo o 14:00 kończą się manewry.
To były tylko manewry
Tak, bo to były tylko ćwiczenia, po raz pierwszy zorganizowane przez Małopolską Cywilną Grupę Poszukiwawczo-Ratowniczą, która również ma psy ratunkowe. Łącznie uczestniczy w nich około 70 osób. To ludzie gotowi do niemałych poświęceń. Nasz trening potrwał trzy godziny, a prawdziwe poszukiwania nieraz trwają dzień i noc. Gdy stawką jest życie ludzkie, nie ma wiele czasu na odpoczynek.
Manewry organizowane są regularnie przez różne grupy, by utrzymać w formie ludzi i psy. Gołym okiem widać, że mają wiedzę i umiejętności, ale słyszymy też, że nieustająco czekają na ustabilizowanie sytuacji dotyczącej certyfikacji psów ratowniczych. Każdy z tych psów, nim ruszy w teren przechodzi wewnętrzny, wymagający egzamin w ramach grupy, do której należy.
Te psiaki robią ogromne wrażenie. Dla nich poszukiwania to wielka frajda. Palą się do działania od pierwszych sekund. I widzą, co mają robić. Manewry rozpoczynają się od próby nieagresji – organizatorzy chcą mieć pewność, jak zachowa się pies, gdy znajdzie kogoś w lesie. Wszystkie przechodzą je bezbłędnie. Właściwie oznaczają odnalezioną osobę nie robiąc jej przy tej żadnej krzywdy.
W przeciwieństwie do psów tropiących, przed poszukiwaniami nie dostają do powąchania rzeczy należącej do poszukiwanej osoby. Jak są w stanie kogoś znaleźć? To wiedzą tylko one i ich opiekunowie. Ot, magia psiego nosa.
Gdy zaginie bliska nam osoba, nie zatajajmy informacji na jej temat
KR24.pl:– Skąd pomysł, by biegać po lesie z psem i szukać ludzi?
Barbara Grel, jedna z założycielek Małopolskiej Cywilnej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej: – Każdy ma swoją motywację. Ja zaczęłam od pracy u Krzyśka Szymańskiego, który był jednym z pionierów szkolenia psów ratowniczych w Polsce. Pewnie wszyscy pamiętają psy, które w ramach Grupy Państwowej Straży Pożarnej w Nowym Sączu jeździły do Turcji czy Iranu. Ja zaczęłam u Krzyśka, a dziś mamy naszą grupę, ale szkolę też inne grupy poszukiwawczo-ratownicze. W moim przypadku najważniejsza jest przyjemność pracy z psami. Lubię chodzić po lesie i patrzeć, jak pies pracuje. A jeśli przy okazji mogę komuś pomóc, to czemu nie?
– A nagrodą jest satysfakcja ze znalezienia poszukiwanej osoby.
– Ja znajduję bardzo często, na każdym treningu, więc jestem w zasadzie oswojona z tym faktem. Podchodzę do tego na chłodno. Największą satysfakcję ze znalezienia poszukiwanej osoby ma pies. On nie wie, czy to prawdziwa akcja czy trening. O tym, z naszej dwójki, wiem tylko ja.
– Co cię potrafi zaskoczyć podczas akcji poszukiwawczych?
– Często dziwne są historie, które doprowadziły do tego, że ktoś zaginął. Pierwszą trudnością jest rozmowa z rodziną osoby zaginionej, bo często próbują zatuszować pewne sprawy. Ludzie rzadko giną be powodu. Zazwyczaj jest to efekt jakiegoś kryzysu, a bliscy nie chcą o tym mówić. Ukrywają np, że ktoś się leczył psychiatrycznie. Dla nas tego typu informacje nie są szokujące. Nie oceniamy. Chcemy po prostu mieć jak najpełniejszy obraz, by potem podjąć jak najbardziej sensowne kroki w celu odnalezienia tej osoby.
– To wynika ze wstydu
– Tak. Ludzie wstydzą się, bo czasem trzeba w rozmowie z przedstawicielami służb rozgrzebać historie kilku miesięcy rodzinnego życia. Ten wywiad jest bardzo ważny.
– To ważne przesłanie do ludzi, którzy chcą znaleźć bliską osobę. Niczego nie ukrywać.
– Tak. Nie ma co zatajać, bo albo chcemy kogoś znaleźć albo chronić swoje dobre imię. To się kłóci, a poza tym prędzej czy później i tak wyjdzie na jaw. Ma to ogromne znaczenie, szczególnie w przypadku osób w kryzysie albo chorych psychicznie. Ukrywanie tego wydłuża całą procedurę i stwarza realne niebezpieczeństwo dla zaginionej osoby. Pamiętajmy jednak, że te dane należy przekazywać jedynie służbom, a nie mówić o nich publicznie. Ta osoba kiedyś wróci do domu, wróci do swojego środowiska i będzie jej ciężko z tym się zmierzyć.
– Co najmocniej zapadło ci w pamięć podczas akcji poszukiwawczych?
– Największe wrażenie zrobiła na mnie katastrofa w Szczekocinach, bo to było ogromne i tragiczne zdarzenie. Ze względu na liczbę zaangażowanych jednostek straży pożarnej i podświetlenie pociągu widok był jak z filmu. Niezwykłym zdarzeniem było też osuwisko pod Limanową. Cała wioska zaczęła po prostu zjeżdżać. Na naszych oczach domy składały się w ciągu kilku minut. Ziemia pod stopami nam się ruszała, powstawały kilkumetrowe szczeliny. Las się kładł… Gdybym nie pracowała z psami, nigdy czegoś takiego bym nie zobaczyła.
– A najdziwniejsze miejsca, w których ktoś się schował?
– Pamiętam pewnego pana, który podciął sobie gardło i uciekł do lasu. Na szczęście nie przeciął żadnej większej arterii i chował się, trzymając dwa płaty skór. Inny mężczyzna był poszukiwany przez straż i policję. Po zakończeniu kolejnej tury poszukiwań wszyscy wrócili na podwórko tego pana, a jeden ze strażaków oparł się o ścianę stodoły. Wpadł do środka wraz z deskami, a poszukiwany siedział w środku. Wstydził się wyjść, bo na podwórku było tyle ludzi. To nie taki rzadki przypadek. Ludzie wstydzą się, gdy są poszukiwani przez liczne służby. Zaskakuje ich to zamieszanie, wolą przeczekać, a gdy wszystko minie wrócą sobie spokojnie do domu.
Mateusz Miga

























