Gdyby kampanie wyborcze można było rozliczać w kategorii „kto da więcej”, Monika Piątkowska miałaby naprawdę mocną pozycję. Metro, nowe linie tramwajowe na Azory, Kliny i Złocień, Trasa Pychowicka, Trasa Zwierzyniecka, tańsze bilety, węższa SCT, mieszkania dla młodych i miliard złotych mniej długu. Brzmi jak plan na dekadę. Problem w tym, że Piątkowska chce to wszystko zrobić w mieście, którego budżet nie jest bez dna.
Metro? Będzie. Tańsze bilety? Oczywiście. Nowe linie tramwajowe? Jak najbardziej. Wielkie inwestycje drogowe? Proszę bardzo. A na dokładkę jeszcze mieszkania, rozwój Nowej Huty i… miliard złotych mniej miejskiego długu.
Monika Piątkowska zapowiada wielkie inwestycje
Brzmi pięknie. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ze świata kampanijnych zapowiedzi przechodzimy do świata krakowskiego budżetu. Bo metro kosztuje. Tramwaje kosztują. Drogi kosztują. Mieszkania kosztują. Nawet przygotowanie dokumentacji pod wielkie inwestycje kosztuje. A Kraków nie zaczyna przecież z pustą kasą, do której wystarczy sięgnąć po dodatkowe miliardy.
Piątkowska przedstawia więc krakowianom całkiem pokaźną listę zakupów. Tyle że na razie nie do końca wiadomo, z której kieszeni za te zakupy zapłacić. Zwłaszcza że jednym z punktów programu jest jednocześnie zmniejszenie zadłużenia miasta o miliard złotych. Czyli mniej długu, więcej inwestycji, tańsze bilety i metro. Wszystko naraz.
Do tego dochodzi powrót 20-minutowego biletu za 2 złote. Pomysł niewątpliwie sympatyczny dla pasażerów. Mniej sympatyczny może być dla miejskiego księgowego, który będzie musiał policzyć, ile kosztuje obniżenie wpływów z biletów w sytuacji, gdy Kraków już dziś szuka pieniędzy na utrzymanie komunikacji.
Skąd na to pieniądze?
Oczywiście, można powiedzieć: od tego właśnie jest prezydent, żeby szukać pieniędzy. Tylko że w kampanii dobrze byłoby powiedzieć również gdzie konkretnie tych pieniędzy szukać. W Warszawie? W Brukseli? W budżecie państwa? U deweloperów? A może wystarczy lepsze zarządzanie miejskimi finansami? Aleksandrowi Miszalskiemu szukanie pieniędzy w stolicy szło… tak sobie.
Najbardziej efektownie wygląda oczywiście metro. Krakowianie słyszą o nim od lat, więc trudno się dziwić, że hasło działa na wyobraźnię. Tyle że między „zbudujemy metro” a pierwszym pociągiem wjeżdżającym na stację jest mniej więcej tyle samo drogi co między kampanijną obietnicą a wpisaniem inwestycji do realnego, wieloletniego planu finansowego miasta.
I właśnie tutaj pojawia się największy znak zapytania. Nie nad tym, czy Kraków potrzebuje nowych inwestycji, lecz nad tym, czy ktoś przed złożeniem kolejnych obietnic dokładnie policzył ich koszt.
Krakowska lista życzeń
Bo program Piątkowskiej wygląda trochę jak krakowska lista życzeń: metro, tramwaje, drogi, tańsze bilety, mieszkania, mniej długu. Wszystko oczywiście bardzo potrzebne. Tylko rachunek za tę listę życzeń ktoś będzie musiał później zapłacić.
A jakby tego było, mało Piątkowska mruga do Krakowian okiem w kwestii Strefy Czystego Transportu. ″Powinna być poprzedzona rozwojem komunikacji miejskiej, parkingów przesiadkowych oraz systemów osłon i wyjątków dla mieszkańców. Najpierw realna alternatywa, potem ograniczenia″ – przekonuje na jednej z grafik. Jakby sugerowała krakowianom, że coś w kwestii SCT może zmienić.
No cóż, kampania wyborcza ma to do siebie, że rachunek przychodzi dopiero po wyborach. Niech ktoś wręczy pani Monice kalkulator!
MM


