----- Reklama -----

Dwie godziny pracy dziennie, tysiące podpisów i nerwowe oczekiwanie. Co działo się w krakowskiej komisji?

PA
PA

Tysiące podpisów do sprawdzenia, kandydaci czekający na decyzje i nerwówka do ostatniej chwili. Tymczasem oficjalny harmonogram Miejskiej Komisji Wyborczej w Krakowie pokazuje, że w wielu dniach zaplanowano zaledwie dwugodzinne dyżury. Czy przy tak krótkim czasie pracy można było sprawdzić podpisy szybciej? To pytanie po tej kampanii wyborczej samo się nasuwa.

Wybory prezydenta Krakowa odbędą się 27 września, ale dla kandydatów prawdziwy wyścig rozpoczął się znacznie wcześniej. Jednym z kluczowych etapów było zebranie co najmniej 3 tys. prawidłowych podpisów poparcia. Potem wszystko trafiało do Miejskiej Komisji Wyborczej, która musiała zweryfikować przekazane dane. I właśnie na tym etapie pojawiły się pytania o tempo całej procedury.

Dwie godziny i koniec?

Oficjalny harmonogram dyżurów komisji, opublikowany w Biuletynie Informacji Publicznej, jest tutaj szczególnie interesujący. 26, 27 i 28 sierpnia komisja miała wyznaczone godziny 16:00–18:00. Tak samo było 31 sierpnia oraz 1, 2 i 7 września. 8 września również zaplanowano dyżur od 16:00 do 18:00. Wyjątkiem był 3 września, kiedy komisja miała pracować od 10:00 do 16:00.

Oczywiście dwugodzinny dyżur nie oznacza automatycznie, że członkowie komisji przez pozostałą część dnia nie wykonywali żadnych czynności związanych z wyborami. Tego z samego harmonogramu nie można stwierdzić.

Ale trudno nie zadać pytania czy przy tak dużej liczbie dokumentów i podpisów nie było potrzeby przeznaczenia na ich weryfikację większej liczby godzin?

To nie było zwykłe liczenie kartek

Sprawdzanie podpisów nie polegało na mechanicznym policzeniu formularzy. Komisja musiała zweryfikować m.in. dane osób udzielających poparcia i sprawdzić, czy spełniają one wymagania. W przypadku części kandydatów liczba odrzuconych podpisów była bardzo duża.

Komitet Mariana Banasia złożył 5648 podpisów, ale ważnych okazało się 2552. To oznaczało brak 448 podpisów do wymaganej liczby 3 tys. Jeszcze większe emocje wywołała sytuacja Bartosza Bocheńczaka. Jego komitet przekazał niemal 5 tys. podpisów. Ostatecznie kandydat nie został zarejestrowany. Według informacji różnica między wymaganą liczbą a liczbą uznanych podpisów wynosiła około 50.

Nie tylko komisja. W pracę zaangażowani byli również radni

Warto jednak spojrzeć na całą sprawę nieco szerzej. Sam harmonogram Miejskiej Komisji Wyborczej i widoczne w nim dwugodzinne dyżury nie pokazują pełnego obrazu pracy przy weryfikacji podpisów. Nie można więc na tej podstawie stwierdzać, że komisja przez pozostałą część dnia nie zajmowała się wyborami.

Co ważne, w proces weryfikacji i liczenia podpisów zaangażowani byli również radni. To oni także wykonywali część pracy związanej ze sprawdzaniem i liczeniem głosów oraz dokumentów. Dlatego odpowiedzialności za tempo całej procedury nie powinno się automatycznie przypisywać wyłącznie samej komisji.

Owszem, można pytać, czy przy tak dużej liczbie podpisów harmonogram prac nie mógł być bardziej intensywny i czy całą procedurę dało się przeprowadzić szybciej. Trzeba jednak pamiętać, że była to praca wykonywana przez większą grupę osób, w tym radnych, a nie wyłącznie przez członków komisji działających w ramach oficjalnie podanych godzin dyżurów. Dlatego zamiast stawiać pytanie, dlaczego „komisja pracowała tylko dwie godziny dziennie”, uczciwiej byłoby zapytać, jak w praktyce wyglądała organizacja całego procesu, kto konkretnie uczestniczył w weryfikacji podpisów i ile czasu faktycznie poświęcono na te czynności.

Dla kandydatów oczekujących na decyzję każda godzina miała oczywiście ogromne znaczenie. Nie oznacza to jednak, że opóźnienia można automatycznie przypisać komisji. Przy tak skomplikowanej procedurze odpowiedzialność za jej sprawne przeprowadzenie i zaangażowanie osób uczestniczących w pracach należy oceniać w szerszym kontekście.

Kandydaci czekali do ostatniej chwili

Problemem nie było wyłącznie samo sprawdzanie dokumentów. Przeciągająca się procedura oznaczała również niepewność dla komitetów wyborczych. Jedni kandydaci zostali odrzuceni, inni musieli uzupełniać podpisy, a jeszcze inni czekali na decyzję komisji praktycznie do końca procedury rejestracyjnej.

Dobrym przykładem jest Łukasz Gibała. Przy pierwszym zgłoszeniu jego komitet przedstawił 5449 podpisów, jednak znaczna ich część została zakwestionowana. Ostatecznie komitet złożył kolejną, znacznie większą pulę podpisów i kandydatura została zarejestrowana. Podobnie Daria Gosek-Popiołek musiała czekać na zakończenie procedury weryfikacyjnej. Ostatecznie również została zarejestrowana.

Czy można było zrobić to w krótszym czasie?

I tutaj pojawia się najważniejsze pytanie. Nie ma podstaw, żeby twierdzić, że to właśnie krótkie dyżury były bezpośrednią przyczyną opóźnień. Komisja miała do wykonania skomplikowaną pracę, a sama długość dyżuru nie pokazuje całego czasu poświęconego na procedurę.

Ale równie trudno udawać, że harmonogram nie budzi żadnych pytań. Przy tak dużej liczbie podpisów każda dodatkowa godzina mogła mieć znaczenie. Zwłaszcza że dla kandydatów nie była to akademicka dyskusja o organizacji pracy. Od wyniku weryfikacji zależało, czy w ogóle znajdą się na karcie do głosowania.

W Krakowie pozostaje więc pytanie nie tylko o to, czy podpisy zostały policzone prawidłowo. Warto również zapytać, dlaczego cały proces trwał tak długo i czy przy większym zaangażowaniu czasowym komisji można było zakończyć go wcześniej. Bo dla komisji to była procedura administracyjna. Dla kandydatów często być albo nie być w wyborach.

Quick Link

Podaj dalej
Zostaw komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *