Tragedia na Rynku Głównym w Krakowie rozegrała się w sobotę, 7 listopada 2026 roku. Spokojne popołudnie w historycznym centrum miasta zamieniło się w koszmar, gdy napastnik otworzył ogień do przypadkowych osób. Zginęło sześć osób, a 16 zostało rannych. Wśród świadków dramatycznych wydarzeń była Serbka, która razem z synem zdołała schronić się w Bazylice Mariackiej. Kobieta opowiedziała, jak usłyszała strzały, uciekała przed niebezpieczeństwem i przez godzinę czekała za zamkniętymi drzwiami kościoła. „Czuliśmy się jak w pułapce” – wspomina.
----- Reklama -----
Strzelanina na Rynku Głównym w Krakowie. Spokojne popołudnie zamieniło się w tragedię
Sobota, 7 listopada, miała być dla turystów odwiedzających Kraków zwyczajnym dniem zwiedzania. Rynek Główny, pełen spacerowiczów, turystów i mieszkańców, jak zwykle przyciągał ludzi z różnych stron świata. Nikt nie spodziewał się, że za chwilę w samym sercu miasta rozegrają się dramatyczne sceny.
Tuż po godzinie 15.00 w rejonie ulicy Sławkowskiej rozległy się strzały. Według ustaleń służb napastnik poruszał się samochodem i oddawał strzały w kierunku przypadkowych osób. Strzelanina objęła centrum Krakowa, a w obliczu zagrożenia ludzie próbowali znaleźć jakiekolwiek schronienie.
Bilans tragedii jest przerażający. Sześć osób straciło życie, cztery kobiety i dwóch mężczyzn. Kolejnych 16 osób zostało rannych. Wśród poszkodowanych znaleźli się również dwaj policjanci, którzy interweniowali podczas ataku. Napastnik został postrzelony przez funkcjonariuszy i zatrzymany.
Po dramatycznych wydarzeniach na Rynku Głównym pracowały liczne służby ratunkowe i policja. Do centrum skierowano zespoły ratownictwa medycznego, straż pożarną oraz śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Rozpoczęła się ewakuacja, a część śródmieścia została zamknięta.
Godzina 14:59. Zdjęcie bazyliki i sekundy, które mogły zdecydować o życiu
Katarina z Nowego Sadu przyjechała do Krakowa z synem. To miał być spokojny turystyczny pobyt, podczas którego chcieli zobaczyć między innymi słynnego hejnalistę grającego z wieży Bazyliki Mariackiej.
Kobieta wspomina, że jeszcze chwilę przed tragedią nie mieli żadnych powodów, by obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Stali przed świątynią, a jej syn robił zdjęcie.
W przekazanej relacji fotografia ma metadane wskazujące na sobotę, 7 listopada 2026 roku, godzinę 14:59
Początkowo odgłosy dobiegające z okolicy nie wzbudziły w nich podejrzeń. Myśleli, że słyszą fajerwerki. Dopiero kiedy huk nie ustawał, zrozumieli, że nie są to zwykłe wystrzały.
„Najpierw myśleliśmy, że to fajerwerki, ale po kilku sekundach zorientowaliśmy się, że to serie z broni” – relacjonuje kobieta.
W jednej chwili spokojne oczekiwanie na krakowski hejnał zamieniło się w walkę o bezpieczeństwo.
Katja zobaczyła drzwi kościoła i natychmiast podjęła decyzję. Najważniejsze było uratowanie syna. Jak opowiada, wepchnęła go do środka, po czym sama również dostała się do świątyni.
Strzały były coraz bliżej. Kobieta nie wiedziała, gdzie znajduje się napastnik ani czy za chwilę nie pojawi się tuż obok nich.
Schronili się w Bazylice Mariackiej. Drzwi zamknięto na klucz
Dla ludzi, którzy znaleźli się w środku Bazyliki Mariackiej, rozpoczęła się kolejna dramatyczna część tego dnia.
Osoby przebywające w świątyni zamknęły jej drzwi na klucz. Wewnątrz znalazło się wielu przestraszonych ludzi, w tym zagranicznych turystów. Nikt nie miał pełnej wiedzy o tym, co dokładnie dzieje się na zewnątrz.
Słyszeli kolejne strzały. Nie wiedzieli, czy napastnik działa sam, czy na miejscu jest więcej osób z bronią. Obawiali się, że ktoś może próbować dostać się również do kościoła.
„Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Słyszeliśmy strzały i wszyscy baliśmy się, że ktoś wejdzie do środka” – opowiada kobieta.
Najbardziej przerażająca była bezradność. Drzwi świątyni były zamknięte, a ludzie nie wiedzieli, co czeka ich za nimi. Nie mieli pewności, czy schronienie, które znaleźli, rzeczywiście jest bezpieczne.
„Czuliśmy się jak w pułapce” – wspomina Serbka.
Wśród zgromadzonych byli ludzie z różnych państw. Próbowali porozumiewać się między sobą, wymieniać informacje i ustalić, co właściwie się wydarzyło. Strach towarzyszył wszystkim, niezależnie od tego, skąd przyjechali do Krakowa.
Ksiądz uspokajał przerażonych turystów. „Jesteście bezpieczni”
W tej dramatycznej sytuacji szczególne znaczenie miała postawa osób pracujących w bazylice.
Duchowni starali się uspokajać ludzi, którzy znaleźli schronienie w świątyni. Zapewniali ich, że policja znajduje się w okolicy, a oni sami są bezpieczni. Nie pozostawili zgromadzonych bez pomocy. Przynieśli im również wodę.
Kobieta szczególnie zapamiętała słowa księdza, który próbował dodać otuchy przestraszonym osobom.
„Nie martwcie się, jesteście bezpieczni” – miał zapewniać zgromadzonych.
Dla niej i jej syna te słowa miały ogromne znaczenie. Znaleźli się w obcym kraju, w samym centrum tragedii, nie wiedząc, czy będą mogli bezpiecznie opuścić kościół.
Przez około godzinę pozostawali za zamkniętymi drzwiami. Dopiero kiedy sytuacja na zewnątrz na to pozwoliła, świątynię otwarto i ludzie mogli wyjść.
Katarina nie ukrywa wdzięczności wobec osób, które w tamtym momencie zapewniły im schronienie, wodę i wsparcie. Podkreśla, że nigdy nie zapomni tego, jak zachowali się duchowni i pracownicy bazyliki.
„Nigdy nie zapomnę”. Serbka dziękuje za pomoc w najtrudniejszym momencie
Dla Katariny L. i jej syna pobyt w Krakowie zakończył się traumatycznym doświadczeniem, którego nie da się łatwo zapomnieć.
Zamiast dalszego zwiedzania pojawił się strach o życie, ucieczka do świątyni i godzina spędzona za zamkniętymi drzwiami. Kobieta opowiada jednak nie tylko o przerażeniu, ale również o ludziach, którzy pomogli jej i innym turystom przetrwać najtrudniejsze chwile.
Szczególnie zapamiętała duchownych, którzy nie pozwolili, by osoby ukrywające się w bazylice zostały same ze swoim strachem.
„Nigdy nie zapomnę, ile to dla nas znaczyło, i jesteśmy za to bardzo wdzięczni” – podkreśla.
Jej historia jest jednym z wielu świadectw dramatu, który rozegrał się 7 listopada w centrum Krakowa. Za liczbami ofiar i kolejnymi komunikatami służb kryją się ludzie, którzy w jednej chwili stracili bliskich, zostali ranni albo musieli uciekać, by ratować własne życie.
Dla matki i syna z Serbii ocalenie oznaczało znalezienie otwartych drzwi kościoła w chwili, gdy wokół rozlegały się strzały. Dla sześciu osób, które zginęły, ta sobota stała się ostatnim dniem życia.

